Tajga

Syberia 2002

Dwa lata temu przyszło mi odbyć jedną z najdalszych podróży w życiu. Razem z Bratem i Tatą, wyruszyliśmy na Syberię, by w tajdze przeżyć wielką przygodę. Choć minęło już trochę czasu, od kiedy wróciliśmy, to myśl o napisaniu czegoś o tym wyjeździe, kołatała w mojej głowie od czasu kiedy zacząłem robić pierwsze notatki na miejscu. I tak, opierając się na nich, na wspomnieniach (moich, Taty i Brata) oraz zdjęciach, postanowiłem, że najwyższy czas po prostu usiąść i napisać, bo samo się nie zrobi.

By opisać naszą przygodę, muszę się jednak cofnąć do 2002 roku - bo tak naprawdę to wtedy ona się zaczęła dla jednego z nas, i łatwo się domyślić, że nie byłem to ani ja, ani Michał (mój Brat). W pewien zimowy wieczór, w lutym 2002 roku, w głowie Taty zaczął kwitnąć pomsył, od realizacji którego dzieliło tylko pół roku. Razem ze swoim przyjacielem, wujkiem Pawłem, mój Ojciec poleciał do Obwodu Irkuckiego, gdzie razem zbudowali tratwę i popłynęli rzeką Leną. Dziesięć lat później Tatulkowi zamarzyło się ponowić wyzwanie, tym razem z swoimi synami.

Nie pamiętam dokładnie, kiedy pojawił się ten temat, ale to była chyba jesień 2011 roku, kiedy po raz pierwszy Tata coś o tym wspomniał. Na propozycję, razem z Michałem przystaliśmy bardzo ochoczo - któż by nie chciał wyruszyć w wyprawę do tajgi?! Toż to marzenie każdego, kto zna dobrze zapach lasu i ciepło ogniska. A po tej wyprawie przyszło mi powtarzać jeszcze częściej niż zwykle, że “wilka zawsze ciągnie do lasu”.

Ale wracając do chronologii - pomysł już jest, dzwonimy do naszego starego sąsiada, który pomoże nam kupić w marcu bilety. Kilka miesięcy później już bardziej konkretnie myślimy nad trasą. Dziesięć lat wcześniej podróż odbyła się trochę na południe od miejsca, z którego my ruszymy. Jak się później okaże - tratwa z 2002 roku została w pamięci niektórych tubylców. Wybieramy miejscowość - Żygałowo (ros. Жигалово) - tam zaczniemy, to ostatnia większa miejscowość z “porządną” drogą, przed Ust-Kut (ros. Усть-Кут). Jeśli idzie o planowanie, to wybieramy się tak na prawdę w głąb cywilizacyjnej dżungli - niewiele da się zaplanować. Transportu z Irkucka do Żygałowa szukać będziemy na miejscu, dętek do naszej tratwy czy narzędzi podobnie. Kupujemy bilety do Irkucka - odlot z Berlina 30 czerwca 2012, z kilkugodzinną przesiadką w Moskwie (nie na tyle długą by chociaż wyjść z lotniska…). I tak nie mamy odwrotu - pozostaje czekać do czerwca, kiedy to ostatecznie się przygotujemy.

W drugiej połowie czerwca Tata pisze komentarz na lokalnej stronie naszej docelowej miejscowości. I tak przez kolejny tydzień niewiele się dzieje. Cisza. W końcu zaglądamy do folderu ze spamem - nie jest dużym zaskoczeniem, że to tam trafiła odpowiedź - to chyba jedyny rosyjsko-języczny mail w skrzynce Taty. Odpisał nam Rosjanin, który prowadzi portal - Wiaczesław (ros. Вячеслав). Dowiadujemy się, że dętki lepiej kupić w Irkucku (bo taniej i większa szansa, że je dostaniemy), a do Żygałowa co prawda kursuje autobus, jednak lepiej wynająć marszrutkę (minibus, który mieści zazwyczaj od ośmiu do dziesięciu osób) - dętki do Ziła, które mamy zamiar kupić trochę ważą i zajmują niemało miejsca. Te cenne informacje nie były jednak w tej korespondencji najważniejsze. Najlepszym co, wymieniając maile, uzyskaliśmy to zjednanie sobie pierwszego nieznajomego, który od teraz będzie naszym dobrym przewodnikiem. Szybko okazuje się bowiem, że w dzień naszego przylotu - niedzielę, będzie w Irkucku i chętnie nam ze wszystkim pomoże.

Tydzień do wyjazdu. Właściwie mało co zostało do zrobienia przed odlotem: ostatnie dni w szkole, załatwianie harcerskich spraw (tuż po powrocie z Tajgi, jadę na obóz ze swoimi zuchami, z lasu do lasu) no i myślenie, co nam się przyda na miejscu. Ale takie myśli dla nas są naturalne - menażka, niezbędnik, kubek, scyzoryk… Większość rzeczy kupimy na miejscu.

Od Dziadka dostajemy sprzęt do łatania dętek. Jadę do miasta z Mamą, żeby kupić mapy - legendarny dla poznańskich podróżników sklep w pasażu Apollo i tym razem nie zawiódł - dostajemy niemiecką (ale wielojęzyczną) mapę “Od Bajkału po Władywostok” - (z niej nie do końca jestem zadowolony, bo skala jest bardzo duża) i rosyjski album, w którym na jednej stronie jest nasze planowane miejsce startu. Dla tej jedynej strony go kupujemy. Myślimy już nad tym, co będzie trzeba kupić na miejscu - kapelusze z moskitierą, obowiązkowo dla każdego (to najważniejsza rzecz tam, bo największym wrogiem będą od tej pory meszki, ale o tym za chwilę), szpej wędkarski, dętki, pompka, jakieś gwoździe, piła, siekierka, jedzenie? Zobaczymy na miejscu. I tym sposobem koło ósmej jesteśmy wszyscy w trójkę gotowi do drogi.

Do Berlina odwiezie nas, naszym samochodem, Bartek - współpracownik Ojca. Mama czule nas żegna, Siostry jeszcze śpią - jest pierwsza sobota wakacji, z nimi pożegnaliśmy się wieczorem. Podróż na Syberię jest czymś, z czym nasza najbliższa rodzina zdążyła się pogodzić już dziesięć lat temu - wtedy Tata wrócił cały i zdrowy, więc obawy są dużo mniejsze niż kiedy słuchał opowieści o pomordowanych autostopowiczach i niedźwiedziach na każdym kroku. Ale i tak wszyscy trzej wiemy, że Mama będzie się martwić przez najbliższe dwa tygodnie, w końcu połowa rodziny spędzi dwa tygodnie całe 8000 kilometrów od domu. Michał ma zaraz 16 lat i idzie do pierwszej klasy liceum, ja za rok mam pisać maturę.

Stacja na której złapaliśmy gumę (fotografia wykonana rok później)

Wyjeżdżamy. Podróż mija nam całkiem przyjemnie - jedziemy autostradą. Nieraz przyszło nam jechać do Berlina, tym razem jednak to nie on jest celem. Póki co idzie łatwo. Za łatwo… Zatrzymujemy się na stacji, tankujemy. Bartek pyta mojego Ojca czy ma już siąść za kółkiem, Tata mówi, że nie, że poprowadzi do końca. Wsiadamy do samochodu, zapinamy pasy, odpalamy silnik, ruszamy i “bum” samochód podskakuje i słyszymy huk - najeżdżanie na ostry krawężnik, co skutkuje pękniętą oponą. Czasu coraz mniej, więc szybko wypakowujemy cały bagażnik i zmieniamy koło na dojazdówkę - teraz możemy jechać co najwyżej 80 km/h, ale co zrobić, przygoda czeka a z samochodem dalej będzie się musiał uporać Bartek.

Ani ja, ani Michał nigdy wcześniej nie lecieliśmy samolotem, choć nie jesteśmy już małymi dziećmi, to nie da się ukryć podekscytowania pierwszym lotem. Na samym lotnisku trochę się stresuję, przepakowałem się jak należy, ale nie wiem czy wpuszczą mnie na pokład z sprzętem fotograficznym.

Tutaj wszystkim fanom sztuki fotografowania należy się dygresja - także jeśli nie interesuje Was co za sprzęt wziąłem ze sobą w podróż, to przeskoczcie ten akapit. Moim niezawodnym kompanem w tej podróży był Canon 20D oraz zestaw manualnych obiektywów - Takumar 50mm f/1,4 - niesamowicie jasny obiektyw dający lekko żółte zdjęcia, ostre jak żyleta nawet na pełnej przysłonie, Nikkor 24mm f/2,8 (najszersze szkło które miałem, niestety pod matrycą ASP-C otrzymywałem im ekwiwalent około 40mm) i Jupiter-9 85mm f/2,0 (którego praktycznie nie wyjąłem z torby), a do tego świetny konwerter makro (nieznanej marki), statyw i dwie karty pamięci (łącznie 6 GB - wtedy zdjęcia robiłem w .jpg, także miejsca spokojnie starczyło). Tata do tego wziął rodzinnego kompakta - Fujifilm Finepix A850. Większość zdjęć jest mojego autorstwa, z Canona, aczkolwiek widać, że w Tacie nie umarła fotograficzna duszy. To tyle jeśli chodzi o sprzęt foto.

…Ale wpuszczają. Wszystko jest w porządku, z niczego nie trzeba się tłumaczyć. Wsiadamy na pokład Airbusa. Szybko okaże się, że lot jest całkiem nudny. Na szczęście mamy książki i odtwarzacze mp3 na baterie (niesamowicie przydatna sprawa, gdy przez wiele dni jest się odciętym od prądu). Tutaj pierwsze zderzenie z Rosyjskim stanem umysłu - coś co każdemu przyzwoitemu wolnościowcowi rzuci się w oczy to fakt, że Aeroflot nie pozbył się sierpa i młota z swojego lotu. Ale po pobycie na Białorusi nic już nas w tym aspekcie nie zszokuje. Na wielkim, międzynarodowym lotnisku w Moskwie spędzamy kilka godzin, ładujemy baterię w tablecie. Bardzo nas boli to, że nie wsiądziemy do osławionego, moskiewskiego metra. Następnym razem - mówimy sobie i szykujemy się do kolejnej kontroli paszportowej. Tu już nie było tak przyjemnie. Nasze paszporty były wyrobione w 2004 roku, a przez 8 lat zdążyliśmy dość mocno podrosnąć. Tata przechodzi, ja z Michałem czekamy w nieskończoność. Celniczka patrzy na nas bardzo podejrzliwie, ledwo powstrzymujemy się od głupkowatego śmiechu. Ale po serii pytań udaje się przejść. Dalej już tylko kolejka i jesteśmy w kolejnym samolocie.

Jest już późno, dostajemy granatowe kocyki od obsługi i próbujemy zasnąć - z różnym skutkiem. Wschód słońca pamiętam dobrze do dziś. Lot trwa 9 godzin, lądujemy o 13 czasu lokalnego. Przestawiamy w międzyczasie zegarki. Lotnisko docelowe w niczym nie przypomina imponującej Moskwy. Mnóstwo kurzu, z nieba zlewa się lipcowy żar. Udajemy się po plecaki - i tu nie ma problemów. Rozglądamy się za Wiaczesławem. W mailu napisał: “Sam jestem wielkim miłośnikiem podróży i jestem pełen szacunku dla ludzi zdolnych do takich czynów”. Później, w rozmowie telefonicznej, zaoferował, że chętnie nam pomoże na miejscu i odbierze z lotniska. Do dziś jestem zafascynowany gościnnością ludzi ze wschodu. Gdy tak się rozglądamy, wysoki i szeroki mężczyzna, na oko 30-40-latek, w końcu nas nas namierza i przedstawia się. Wiaczesław nie tylko odebrał nas z lotniska i pomógł zlokalizować hotel w którym zatrzymamy się na noc, ale towarzyszył nam cały dzień - całą wolną od pracy niedzielę poświęcił na pomoc nieznajomym podróżnikom z polski.

I tak, kiedy już się rozlokowaliśmy, odhaczamy kolejne zadania na liście, bez których wyruszenie w tajgę byłoby bezsensowne: najpierw szukamy dętek - najważniejszego materiału do budowy tratwy, zajmie nam dobre kilka godzin, zanim kupimy pięć ogromnych kawałków gumy, które sprawią, że będziemy unosić się na wodzie. Poza dętkami, obowiązkowo: wędki, żyłki i wszystko co potrzebne do spiningu; polwy garnek, drut, sznurek, zapałki, kapelusze z moskitierą i jakieś lokalne chemikalia na owady. Jeśli chodzi o jedzenie, to ryby będą obok ryżu naszym głównym składnikiem diety, ale kupujemy też przyprawy, suszone warzywa, czy cebule.

Pomnik Lenina - pełno tu takich rzeczy… (fot. M. Sowiński)

Wszystko to kupujemy na targowiskach i giełdach pełnych Chińczyków. Mam wrażenie, że podczas pobytu w Irkucku widziałem dużo więcej “Kitajców” niż Rosjan. Samo miasto jest pełne kontrastów - przyjdzie nam je jeszcze odwiedzić na koniec naszej podróży, ale od początku rzucały mi się w oczy stare, parterowe, drewniane i rozpadające się domki, dokładnie takie jak we wschodniej Polsce, stojące obok bardziej nowoczesnych budynków - głównie betonowych bloków czy baraków z blachy.

W trakcie zakupów Wiaczesław załatwia nam dwie dosyć istotne znajomości: Igora, który rano zabierze nas 300 kilometrów na północ swoją marszrutką i Marinę (Марина) oraz Vołodię (Володимир) - jej męża, mieszkających w Żygałowie, gdzie zbudujemy tratwę i zaczniemy nasz spływ. Jak się okazuje, nasz przewodnik przez wiele lat mieszkał i pracował u tego sympatycznego małżeństwa i traktuje ich prawie jak rodziców. Wymieniamy się numerami (z kupieniem karty sim mieliśmy mały problem - w Rosji są, podobnie jak w wielu krajach na świecie - rejestrowane. Musielibyśmy mieć Rosyjski dowód osobisty, ale na szczęście Wiaczesław pospisuje się swoim nazwiskiem pod umową.) - by w razie czego się kontaktować. Rozstajemy się.

Od tamtego pożegnania już ani razu się nie spotkaliśmy, choć przez telefon otrzymaliśmy kilka porad. Przelotne znajomości, to jedna z moich ulubionych rzeczy w podróżowaniu - oto przez jeden dzień w zupełnie nieznanym sobie wcześniej człowieku, mieliśmy przyjaciela i jedynego przewodnika, na którym polegaliśmy niemal w stu procentach.

Kładziemy się spać w hostelu, po umówieniu się z Igorem na dziewiątą. I tak rano wstajemy, bierzemy prysznice, za którym troszeczkę się stęsknimy przez następny tydzień. Pakujemy się i wymeldowujemy się. Została nam już tylko kilkugodzinna podróż na czterech kółkach, by zobaczyć Lenę.

Igor to dosyć niski dwudziestoparolatek, z którym przyjdzie nam trochę porozmawiać o podróżach. W trakcie drogi okazuje się, że pochodzi z Piotrowa (ros. Петрово), w którym to mój Ojciec zostawił tratwę dziesięć lat temu. Okazuje się też, że doskonale tę tratwę pamięta, bo jak był dzieciakiem to na niej się bawił w tamte wakacje.

Wydawałoby się że podróż marszrutką to przyjazna sprawa - w końcu byliśmy tylko w czwórkę. Może by tak było, gdybyśmy jechali polską drogą. Wierzcie mi na słowo, że polskie drogi są piękne i ekstremalnie wygodne. Próbujemy z Michałem zasnąć. Za głośno. Zakładamy słuchawki. Trzęsie. Idzie się przyzwyczaić. I wtedy samochód podskakuje na wyboju, a ja łapię się za głowę i ledwo powstrzymuję od klnięcia pod nosem. I tak całą drogę.

Gdy zaczęliśmy robić się głodni (i zmęczeni…), postanowiliśmy zatrzymać się w przydrożnej knajpce. Postaram się wprowadzić Was w klimat: z zewnątrz drewniana chata jakich pełno na tym odludziu, w środku - niskie sklepienie, boazeria na ścianach, przez okna wpadają smugi światła, oświetlające wiszący w powietrzu kurz. Małe stoliczki obite są lepiącą się ceratą. Klimat jest, ale na pewno nie sprzyja przyjemnym obiadkom.

Patrzymy na menu - pierogi wydają się najbezpieczniejsze, tak więc je zamawiamy. Jeszcze nie wiemy jak bardzo rosyjskie pierogi bardzo różnią się od polskich. Ja sam nie jestem wielkim fanem nawet tych rodzimych, ale gdy nie ma nic innego na obiad, zjadam je bez narzekania. Z jedzenia rosyjskich zrezygnowałem w połowie jednego, w obawie o mój żołądek. Jeden pieróg tutaj ma rozmiary trzech - czterech pierogów w Poznaniu, a poza mięsem w środku jest ryż i niewiadomego pochodzenia farsz, który smakował na tyle obrzydliwie, że po prostu nie dałem rady zmusić się na więcej. Zostawiłem swoją porcję na jednorazowym, plastikowym talerzyku. Michał też nie zjadł wszystkich.

Z małym wyrzutem sumienia (bo nie lubię marnować jedzenia), wychodzę za moimi kompanami z “lokalu” i ruszamy. Dalej próbujemy zasnąć, dalej - bezskutecznie. Po jakimś czasie Igor zatrzymuje się na drodze. Zapala papierosa, robi nam zdjęcie. W międzyczasie przejeżdża rozładowana ciężarówka. Mocowania z tyłu wskazują, że wraca z rozładunku drewna. To chyba jeden z ważniejszych surowców w tych okolicach. Dookoła lasy, pola i rzeka.

Już teraz jesteśmy zachwyceni widokami, a następny postój okaże się jeszcze bardziej bajeczny. Wysiadamy z samochodu nad rzeką. Na brzegu pełno jakichś owadów. Przyglądamy się bliżej - to motyle. Cała plaża w motylach! Oprócz nas na poboczu stoi czarne Audi i dobrze mi znany UAZ. Robię kilka zdjęć, Tata rozmawia z Igorem i resztą “postojowiczów”, Michał bawi się z motylami.

Przed osiemnastą docieramy do Żygałowa, które najłatwiej jest opisać jako dużą wieś. Mijamy dziesiątki typowych, wiejskich gospodarstw i przekraczamy Lenę na moście pontonowym. Wiaczesław opowiadał nam już, że całkiem niedawno nie dało się przejechać na drugą stronę rzeki samochodem - niektórzy szczęśliwcy rozwiązywali ten problem posiadając dwa auta, i przesiadając się między nimi, zależnie od tego po której stronie rzeki mieli coś do załatwienia.

Igor Wysadza nas na polanie nad Leną. Wysiada, pomaga nam wyjąć plecaki, dętki i gitarę z samochodu i po jednym papierosku żegna się z nami na zawsze. Po chwili pojawiają się pierwsze meszki - choć jesteśmy na to przygotowani (również psychicznie), to już po pierwszych kilku minutach stają się uciążliwym utrapieniem. Przez te małe paskudztwo uroki tajgi przyjdzie nam oglądać głównie przez zieloną moskitierę. Majestatyczna rzeka znika za zakrętem.

Michał zaczyna pompować pierwszą dętkę, a ja z Tatą próbujemy znaleźć dom wskazany przez Wiaczesława. W końcu wychodzi nam na spotkanie gospodarz. Zaprasza nas na podwórko, przedstawia nas żonie (Marinie) i synkowi - Włodzimierzowi (ros. Влодзимеж). Gdy zaczynamy pytać o to gdzie kupić gwoździe, czy można gdzieś wyciąć suszki (czyli małe, obschłe sosenki) i czy pożyczy nam jakieś narzędzia, macha na nas ręką i mówi, że on ma i deski i gwoździe i mamy przestać się wygłupiać. Michał pompuje dalej, Tata idzie po deski, ja rozmawiam z młodym Włodkiem. Dziesię lat temu Tata z wujkiem Pawłem nie mieli tego komfortu, co my teraz. Wycinali drewno w lesie, ciosali je i to z niego zbijali tratwę, co nie tylko kosztowało ich więcej pracy i wysiłku, ale również później okazało się niewygodne (o wiele przyjemniej siedzi się na płaskich deskach niż wyciętego prosto z lasu drewna).

Po chwili pomagam przynosić budulec, planujemy konstrukcję. Zbijamy rusztowanie i odeskowujemy, przycinamy wystające kawałki. W międzyczasie co chwila zmieniamy się przy pompce z Michałem i Włodkiem. W końcu wszystkie dętki są napompowane - przywiązujemy je sznurkiem do tratwy, Marina zaprasza do środka na jedzenie. To miejsce byłoby na pewno rajem dla wszelkich fanów eko-żywności. Wszystko co dostajemy jest wyrobem Mariny i Vołodii - dostajemy tłustą zupę z wielkimi kawałami mięsa i ziemniaków. Po jednej misce jestem syty, ale po chwili na stole lądują ciastka i mleko - świeżutko od krowy. Nie mogłem się oprzeć. Nie pamiętam jak smakowały te ciastka, ale pamiętam, że były wspaniałe i świetnie popijało się je świeżym mlekiem.

Ci z Was, którzy mieli okazję pić prawdziwe mleko, powinni wiedzieć o co chodzi, resztę zachęcam do nadrobienia tego doświadczenia. Nie mogę oderwać wzroku od Włodka, który je pomidora z cukrem - zdjęcie które mu zrobiłem należy do jednego z moich ulubionych portretów, jakie uchwyciłem w ciągu swojego życia. Wychodzimy na dwór, Marina daje Michałowi psinkę do zabawy, po okolicy szlaja się kot. Po chwili beztroskiej zabawy z zwierzakami postanawiamy, że pora ruszyć. Zbieramy od naszych gospodarzy garść informacji: kiedy możemy złapać stąd transport do Irkucka i kiedy kursuje pociąg z Ust-Uck. Staramy się dowiedzieć, czy uda nam się w okolicy znaleźć opuszczony Łagier (ale ten temat podrążymy jeszcze w innej wiosce). Pytamy też, czy dalej na północ prowadzi też jakaś droga - prowadzi, ale jest przejezdna tylko dla czołgów. Wsiadamy na tratwę wyładowani czterema (sic!) dodatkowymi siatkami jedzenia od naszych gospodarzy (wspominałem już, że ludzie ze wschodu bywają przesadnie gościnni?). Dostaliśmy również dwa wiosła od pontonu i długą belkę, która posłuży nam do sterowania naszą łajbą. I ruszyliśmy.

Gdyby rok temu ktoś mi powiedział, że w następne wakacje będę siedział na własnoręcznie zbudowanej tratwie, 8000 kilometrów od domu, w środku syberyjskiej tajgi, nie uwierzyłbym. Ale trzy lata później siedzę przed komputerem i wspominam leniwe wody Leny.

Wyruszyliśmy dosyć późno, bo po dwóch godzinach było już prawie całkowicie ciemno a my wypatrywaliśmy miejsca na namioty. W międzyczasie zdążyliśmy na serio przekonać się jak okropne są meszki. To był dopiero początek, mieliśmy moskitiery, a i tak ciężko było wytrzymać. Wszyscy mieliśmy długie rękawy, ale meszki siadały na rękach. O rękawiczkach nikt z nas nie pomyślał, ale przecież nie można też przesadzać.

Z tymi owadami jest tak, że przylatują chmarami, długo nie dają spokoju, po czym nagle na jakiś czas znikają. Wtedy zazwyczaj zdejmujemy moskitiery, i gdy zdążymy od nich odpocząć, wracają. I tak w kółko.

Zaczyna padać deszcz, mokniemy, wszystko jest mokre: tratwa, nasze ubrania, plecaki, a przede wszystkim trzciny i trawy rosnące wzdłuż brzegu. Gdy rozbijemy namioty, w zakamarki śpiworów wkradnie się wilgoć, która będzie nam towarzyszyć do końca naszej wyprawy.

W trakcie tych dwóch godzin, zanim dobiliśmy do brzegu, zdążyliśmy jeszcze raz przestudiować mapę i podjąć wstępną decyzję, że chcemy dostać się do oddalonego o ok 300-350 kilometrów Ust-Uck, tam wsiąść w pociąg i pojechać nad Bajkał, a stamtąd do Irkucka. Nie wiedzieliśmy wtedy jak grubo się przeliczyliśmy.

Dobiliśmy do małej wysepki, zacumowaliśmy, rozbiliśmy namioty i poszliśmy spać. O piątej obudził mnie budzik. Na dworze leje jak z cebra, decyzja oczywista - przewracam się na drugi bok, z namiotu Taty (mamy dwa namioty - Tata ma swoją jedynkę a my dwójkę)

słyszę to samo. Od wielu lat nie pamiętam snów, więc tym bardziej nie ma co ich tutaj próbować przytaczać - jeśli coś śniłem, to zapewne o ciepłym prysznicu, bo tego mi zawsze w podróżach brakuje. Wstaliśmy na dobre tuż przed dziewiątą, po pół godzinie byliśmy już po śniadaniu i pakowaniu na tratwie.

Lena na tym odcinku płynie bardzo leniwie, do tego jest bardzo płytka i niesamowicie czysta. Wodę można pić prosto z rzeki. Gdzieniegdzie występują takie wypłycenia, że musimy je omijać, w obawie o przetarcie gumy naszych dętek na kamieniach. Sterowność naszej łajby pozostawia wiele do życzenia, zmieniamy się raz na jakiś czas z bratem przy tyczce - grunt to nie wpaść na kamienie i trzymać się w dobrej odległości od brzegu.

Tata wyjmuje wędki i zaczyna łowić. Czynność ta towarzyszyć nam będzie przez cały spędzony na pokładzie czas. Z jednej strony pomysł całej tej podróży wydaje się bardzo hardcorowy, z drugiej tak na prawdę większość czasu spędzamy na rozmawianiu, czytaniu książek i słuchaniu muzyki. Na tratwie nie dzieje się zbyt wiele, ale nigdy bym nie powiedział, że jest nudno. Obserwowanie lasu z rzeki działa jak patrzenie w ognisko - niektórzy mogą to robić godzinami i ani trochę się nie znudzić - tak jest z wszystkimi nami trzema. Ustalamy sobie cele - chcemy:

  1. Znaleźć opuszczony Łagier,
  2. Znaleźć Polaka / Polaków
  3. Zobaczyć dzikiego niedźwiedzia.

Zatapiamy się w coraz dzikszy las, w końcu mijamy ostatnie domostwo należące do Żygałowa. Zapadam w płytki sen, budzi mnie Michał. Przez chwilę myślałem, że trafiliśmy na płyciznę, i trzeba będzie wejść do wody i trochę przepchnąć tratwę. Okazało się, że po prostu Tata złowił pstrąga. Sukces sukcesem, ale postanawiam wrócić do snu. Przymykam oczy i słyszę dźwięk ulatniającego się z dętki powietrza i klasyczne w mojej rodzinie “o holender!”. Tata Chciał wbić nóż w deskę, niestety wbił ją w szparę i przebił gumę. Szybko dobijamy do brzegu, wyciągamy zestaw naprawczy od dziadka i z uśmiechem na ustach łatamy i pompujemy. Tym sposobem zaliczyliśmy pierwszą przygodę.

Odbijamy od brzegu i płyniemy dalej. Już nie chce mi się spać. Michał kombinuje z kostką rubika - mnie zdążyła już znudzić ta zabawka. Po godzinie spotykamy pierwszych ludzi na rzece - na zakręcie dwóch rybaków zarzuciło wędkę. Przybijamy do kamienistej plaży i nawiązujemy rozmowę. Okazuje się, że w siedem godzin zrobiliśmy dwadzieścia kilometrów. W takim tempie na pewno nie dotrzemy do Ust-Uck. Rybacy zdradzają nam ceny transportu, oraz fakt, że do najbliższej zamieszkałej wioski - Ust-Iłgi

Zostało nam piętnaście kilometrów. Udaje nam się również zebrać parę informacji o najbliższym łagrze - ale do niego jest jeszcze daleko. Częstujemy się nasionami cedru - to bardzo popularna przekąska, coś jak ziarna słonecznika u nas. Ziarna pod skorupką mają słodkawy smak. Ich łuskanie uzależniaj. Od Mariny dostaliśmy całą wielką siatę tychże ziaren, przywieziemy je do domu. Do tej pory jest ich jeszcze trochę w słoiku w kuchni. Odpływamy.

Kolejne godziny spędzamy na tym na czym spędzaliśmy je wcześniej. Uczę się łowić. Fajna zabawa, idealna na rozkoszowanie się przyrodą. Smutne jednak jest to, że przez cały wyjazd nie uda mi się nic złapać. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem. Do brzegu dobijamy po kolejnych pięciu godzinach (chyba koło 18, trudno mi oszacować czas, bo nie przestawiłem zegarka w aparacie).

W skrócie, życie na tratwie wygląda tak:

Tutaj zdarzyła się jak dla mnie najdziwniejsza historia. Anglojęzyczni powiedzieli by “creepy” (dziwny), i to słowo chyba najlepiej tu pasuje. Nasz brzeg to plaża - jak wszędzie tutaj, kamienista. Namiot rozbijemy na polance, żeby do niej dojść trzeba po prostu wejść po skarpie. System jest prosty - zanosimy namioty i co się da, Tata zaczyna je rozkładać a ja z Michałem się cofamy. Kidy wspięliśmy się pierwszy raz na skarpę, widzimy miejsce po ognisku - nic dziwnego, bo miejsce idealne, a przy ognisku jakiś dziwny kompresor czy pompkę. Może ktoś po prostu zostawił - zdarza się. Ale kiedy z Michałem cofnęliśmy się po resztę rzeczy, kompresora nie było. Zniknął. A to oznacza, że ktoś tu musiał być. Nad rzeką nic nie widzimy. To był pierwszy raz podczas tego wyjazdu, kiedy poczułem się naprawdę nieswojo. Przedyskutowałem z Bracholem sprawę, ale co mieliśmy zrobić? Będzie przynajmniej co opowiadać.

Z gałęzi budujemy trójnóg, wieszamy na nim garnek kupiony w Irkucku i robimy sobie obiad - ryż z suszonymi warzywami (które spisały się rewelacyjnie!) i złowioną rybką. Gdy się ściemnia, wchodzimy do jednego namiotu i na tablecie, który wzięliśmy ze sobą zaczynamy oglądać rewelacyjny “Powrót do przyszłości”. To niesamowite, jak będąc w głębi syberyjskich lasów, gdzie nie było już zasięgu GSM, mogliśmy obejrzeć jeden z ulubionych filmów w Kinie Las. Po filmie i długich nocnych rozmowach idziemy spać.

W środę (4.VII) wstajemy o dziewiątej. Po porannej toalecie, śniadaniu i pakowaniu wsiadamy na tratwę. Odpływamy kawałek i przypominamy sobie, że nie wzięliśmy miski. Cofamy się, a Tata z wskakuje z tratwy do rzeki. Potem, po powrocie z garnkiem idziemy w jego ślady.

Pływanie w tak czystej wodzie to sama przyjemność. Za zakrętem rzeki dostrzegamy domy - to Ust-Iłga (ros. Усть-Илга). Przyjdzie nam się zmierzyć z sporym odcinkiem na płyciźnie, a wtedy schodzimy z tratwy i ciągniemy ją ostrożnie po powierzchni. Naszym wybawieniem są piankowe buty, pożyczone od przyjaciela, który jest nurkiem. I tak dobijamy do kolejnego brzegu.

Ojciec poszedł do wsi, a my się przebieramy i pakujemy najcenniejsze rzeczy do podręcznego plecaka. Wieś jest całkiem spora, są tu dwa sklepy (ros. Магазин). Kupujemy trochę cukru i słodyczy. Dowiadujemy się, że w kolejnej wiosce podobno mieszkali kiedyś Polacy. Klimat niesamowity - nie ma żadnych oznaczeń ani nic takiego, sklep to po prostu jeden z pokojów w zwyczajnym, drewnianym domu. W korytarzu stoją upakowane ciasno opakowania z cukrem i mąką, na ladzie leży liczydło, izba jest słabo oświetlona przez jedną, zwisającą z sufitu żarówkę. Zwiedzamy okolicę. Ktoś nas mija na motorze. Naszą uwagę przykuwają liście konopi. Zapewne i tutaj jest nielegalna, ale ponad pięć tysięcy kilometrów od Moskwy jest jedynie chwastem. Michał zrywa liść i bierze ze sobą, zastanawia się czy nie przemycić do Polski (pół żartem, pół serio). Kawałek dalej stoi cerkiew. Pusta i grożąca zawaleniem - została zamknięta około sto lat temu, zapewne przez komunistyczy rząd.

Na drodze stoi dwóch mężczyzn, Ojciec częstuje ich piwem i nawiązuje rozmowę. Dowiaduje się co nieco o wiosce - okazuje się również, że miesiąc przed nami był tu jeden Polak, ale on płynął sam, kajakiem od źródła Leny, do jej ujścia. Kozak jakich mało - myślimy, kiedy wracamy do Poznania, nietrudno było go znaleźć - to Marcin Gieneczko.

Docieramy do domu Sołtysa. Pukamy do domu z rosyjską flagą. Na ganku wita nas brudny, czarny owczarek niemiecki. Sołtys ma na imię Andriej (ros. Андрей) i okazuje się właściwą osobą - tłumaczy nam, jak dotrzeć do gułagu (to niedaleko), mówi też, że poczta działa tutaj w soboty, a wysyłana jest raz w miesiącu (uśmiecham się pod nosem - kartki wyślę w Irkucku). W Gruznowce (ros. Грузновка - następna wieś, którą przyjdzie nam odwiedzić (patrz - mapa na początku wpisu)) podobno jest telefon satelitarny, podaje nam adres. Dowiadujemy się też co nieco o transporcie i żegnamy się. Nasz następny przstanek w wiosce to dom bratowej Mariny. Tutaj zostajemy uraczeni herbatą i domowymi ciastkami.

Może i moja Ukochana ma mnie teraz prawo zwyzywać, ale nigdy wcześniej i nigdy później nie jadłem tak dobrych ciastek. Prawdopodobnie największy wpływ na ten smak miały, jak to zwykle bywa - okoliczności.

Gospodyni jest pochłonięta wyrabianiem kolejnych partii smakołyków, więc nie jest zbyt rozmowna, za to jej wnuczki grają na laptopie w jakieś strasznie tandetne, dwuwymiarowe gry platformowe (chyba programowane na kolanie), przyłączamy się do zabawy i staramy się nawiązać jakoś rozmowę, ale dzieci są bardzo zajęte komputerem.

Robię kilka zdjęć, młodszy chłopiec zaczyna się z nami bawić - zaczyna dość agresywnie, po prostu się bić. Dzieciaki pokazują nam kota. Postanawiamy powoli się zmywać. I tak po pół godzinie znów jesteśmy na tratwie. Nie płyniemy zbyt długo, ale nie jestem w stanie przypomnieć sobie, dlaczego się zatrzymujemy. Wydaje mi się, że po prostu panowie idą w las za potrzebą. Ja zostaję, żeby pilnować tratwy i gadam z dzieciakami na brzegu. Chwalą mi się, że mają wakacje - w Rosji trwają one trzy a nie dwa miesiące. Bawię się z nimi i gdy na horyzoncie widzę Tatę i Michała, wsiadam z powrotem na pokład.

Tym razem ruszamy już na serio. Kierujemy się na miejsce, gdzie ma być łagier, ale nie do końca wierzymy, że uda nam się go jeszcze tego dnia zobaczyć. Nad nami przelatuje orzeł. Po dłuższej chwili Tata gwiżdże na palcach, orzeł odkrzykuje, Tata znów gwiżdże - orzeł odgwizduje. Po chwili lata nad naszymi głowami i tak sobie nawzajem z Tatą pogwizduje. Szukamy powoli miejsca na nocleg. Mijamy jakąś wyspę, ale za dużo na niej chaszczy. Zatrzymujemy się przy już bardziej stromej skarpie i tam rozbijamy namiot i parzymy herbatę. Rezygnujemy z obiadu. Większość dnia spędziliśmy w wiosce, jutro mamy nadzieję poświęcić kilka godzin na szukanie łagru.

Budzimy się o jedenastej i zrywamy na nogi - czas ucieka. Jest czwartek 5.IV.2012, do odlotu zostało osiem dni i już nie bardzo wierzymy, że dotrzemy do Ust-Uck. Nasza podróż skończy się zapewne w Zakamieńsku, bo kolejne dwie wioski są, według osób z którymi rozmawialiśmy w Ust-Iłdze, puste. Szybko się pakujemy i wsiadamy na tratwę. Pora zrealizować pierwszy cel. Szybko namierzamy skupisko letnich działek - dacz (ros. Дача), za którymi, w lesie, rzekomo ma być opuszczony dawno łagier. Bierzemy z tratwy polską flagę, przebieramy się w suche ciuchy i ruszamy w las.

Odnajdujemy nad brzegiem kilka drewnianych domków - nie ma w nich żywej duszy. Szukamy jakichś wskazówek. Znajdujemy jakąś ruinę otoczoną drutem kolczastym. To nie to, za małe. Idziemy po nieużywanej zapewne od dziesiątek lat drodze do lasu i szukamy. Michał zaczyna czuć się trochę zmęczony i źle się czuje. Siada sobie na polance, a my z Tatą idziemy dalej drogą. Po czterdziestu minutach na lądzie, naszym oczom ukazuje się ogromny, drewniany budynek przypominający stodołę. Wołamy Michała - znaleźliśmy łagier!

Rozglądamy się po okolicy, dookoła jest kilka baraków, każdy w takim stanie, że boję się wejść (trochę się cykam, cytując klasyka). Gułag został zamknięty prawdopodobnie w latach 60 - w internecie trudno znaleźć cokolwiek na jego temat, ale na jednej z rosyjskojęzycznych stron znalazłem jakąś tam historię tego regionu. Szukamy napisów na drzewach - jeśli była tu Polska inteligencja, na pewno jakiś znajdziemy - wmawiamy sobie. Ale szybko rezygnujemy. W Ust Kutc starsza kobieta – sklepowa- powiedziała nam, że w tym łagrze byli też Polacy. Dlatego wywieszamy polską flagę i zapalamy świeczkę. Robimy sobie zdjęcie. Mam na szczęście mały statyw od Wojtka - przyjaciela któremu tego statywu chyba do dziś nie oddałem. Nie mam pojęcia co się z nim stało, bo do domu z nim wróciłem. To zdjęcie kosztuje nas dużo ukąszeń meszek - nie potrafię zrobić normalnej miny - owady wpadają mi do oczu.

Wracamy na tratwę, i ruszamy w dalszą drogę. pierwszy cel zaliczony. Po kilku dniach słonecznej pogody w końcu znów zbiera się na deszcz. Zabezpieczamy bagaż tym, co tylko mamy w zanadrzu. Na szczęście nie było tak źle - trochę pokapało i przestało. Na niebie sporo chmur, kontynuujemy łowienie ryb, korygowanie kursu i rozkoszowanie się naturą. Po drodze łapiemy rybę, kąpiemy się po deszczu - jakkolwiek śmiesznie by to nie brzmiało. Po drodze nawiązujemy rozmowę z przepływającymi chłopakami na łodzi. To chyba pierwszy raz, kiedy mijamy kogoś na wodzie. A trzeba pamiętać, że tutaj rzeka jest jedyną drogą.

Rozbijamy się wieczorem w uroczym miejscu, tym razem bez żadnych wzniesień. Rybę smażymy na ogniu, znowu oglądamy filmy - kolejną część “Powrotu do przyszłości” i “Terminatora” - bardzo lubianego przez Tatę. W nocy próbuję coś wykombinować z księżycem - jest pełnia, więc myślę, że mi się uda. Robię kilka zdjęć, kapituluję. Nie wiem nic o nocnej fotografii - muszę tu wrócić jak się dokształcę. Meszki nie odpuszczają nawet w nocy. Nazajutrz wilgotno, znów budzi nas mgła - tym razem o wiele gęstsza.

Pakujemy się, jemy śniadanie, wsiadamy na tratwę, płyniemy do Gruznowki. Po drodze znów kropi, deszcz się nasila. Słyszymy grzmoty i widzimy jak na wodzie ściana deszczu porusza się powoli w naszym kierunku. Widzimy wioskę, ale wiemy, że jeszcze z pół godziny, zanim byśmy dopłynęli. Głos rozsądku karze się zatrzymać. Cumujemy więc do brzegu małej wysepki, zabezpieczamy szpej przed deszczem i sami chowamy się pod krzaczkiem. Przypomina mi się scena z pierwszej części “Władcy Pierścieni”, kiedy hobbici pukają do bram Bree. Jednak deszcz z Bree to mały pikuś w porównaniu do ulewy, która nas dopada. Grzmi. Pioruny uderzają w pobliskie drzewa. Kulimy się pod karimatkami, które służą nam za ochronę. Czekamy cierpliwie, i gdy przechodzi najgorsze, ruszamy dalej.

W wiosce jest mokro, przed jednym z domów stoi jakaś gąsienicowa maszyna, przed innym - stary samochód. Podobno gdzieś tutaj mieszka Polak z pochodzenia. Nam wprawdzie coraz bardziej się spieszy, ale znajdujemy go - to geolog, który nie zna słowa po polsku. Nie jest też zbyt rozmowny. Mieszka sam. Ubrany jest w marynarską koszulę w niebieskie paski. Wpraszamy się do jego drewnianego domku. W środku proste drewniane meble, rozgrzebane łóżko. Stary laptop. Na ścianie wisi Lenin a obok Matka Boska… Opowiada nam o swoim życiu, o krajach które odwiedził, o tym jaka szkoda że Związek Radziecki się rozpadł. Czuję, że jestem w zupełnie innym świecie.

Żegnamy się i idziemy do telefonu satelitarnego, który znajduje się w jednym z domów. nie ma problemu, by połączyć się z Mariną, która dała nam swój numer. Słychać ją bardzo niewyraźnie. Choć mieszka jakieś 80 kilometrów dalej, czujemy się jak astronauci dzwoniący z księżyca na ziemię. Zdradzamy Marinie swoje plany, Ona rezerwuje nam miejsce w marszrutce do Irkucka za kilka dni. Rudy kot patrzy na nas podejrzliwie. Spacerujemy po wiosce i wracamy na tratwę. Odpływamy żegnani przez dwóch chłopców, którzy spędzają tu lato. Troszeczkę zazdroszczę im corocznych wakacji w tajdze.

W ciągu kolejnej godziny rozpogadza się - wychodzi słońce, powoli robi się coraz cieplej. Jeszcze nie ma meszek - to chyba największa zaleta deszczu. Po tej godzinie zaczepia nas na rzece starszy mężczyzna w pomarańczowej motorówce. Włodzimierz, bo jak się okazuje, tak ma na imię, wozi towary do sklepów wzdłuż rzeki, aż z Żygałowa (w naszych głowach pojawia się myśl, że to cenny kontakt, być może okazja do załatwienia transportu). Z nim rozmawiamy stosunkowo długo bo ponad godzinę. Opowiada całkiem ciekawie. Tubylcy nie lubią rosyjskich turystów, którzy podróżują tu w “burżujski” sposób - przylatują swoimi helikopterami, i traktują ich z góry. Ale tacy jak my to co innego, można porozmawiać jak człowiek z człowiekiem. Tematy płynnie się zmieniają - podobno wbrew pozorom, dużo ludzi tu przyjeżdża - w Irkucku jest klub speleologiczny, bo w tych terenach są ogromne jaskinie. Najciekawsza jak dla mnie historia dotyczy Japończyków. Podobno Na Syberię przyjechali Japończycy, ponieważ potrzebowali cerkwii do jednego z swoich filmów. Przylecieli helikopterami i zwyczajnie przenieśli sobie cerkiew na oddalony o kilkaset kilometrów plan filmowy. Ciekawe ile ich to kosztowało. Po jakimś czasie Włodzimierz postanawia pokazać nam, jak łowi się ryby siecią, ale ostrzega, że to jest tutaj nielegalne i nerwowo się rozgląda co jakiś czas, czy nikt go nie złapie. Michał wsiada na jego łódź, holują nas kawałek i rozwieszają sieć między naszą tratwą a jego motorówką. Tata mi mówi, że jeszcze jeden papieros od naszego nowego przyjaciela i po prostu nie wytrzyma. Podobno są strasznie mocne. A tutaj papierosy to codzienność i każdy wprawiony podróżnik wie, że na wschodzie są, obok wódki, najlepszą walutą.

W sieć w końcu coś łapiemy, ale najcenniejsze co dostajemy od Włodzimierza to rady dotyczące poruszania się po rzece. Do tej pory robiliśmy to intuicyjnie - co chwile wpadając na mielizny, ale on nam tłumaczy, do czego służą stojące na brzegu, białe tablice. - (patrz - rysunek). Oferuje nam nocleg u siebie, w wiosce o nazwie Zakamieńsko (ros. Закаменская - trudno mi to przełożyć na poprawnie na język polski) - naszym ostatnim przystanku no i transport w górę rzeki - aż do Żygałowa. Żegnamy się cali szczęśliwi. Płyniemy dalej, tym razem zgodnie z zaleceniami naszego nowego przyjaciela i wszystko idzie łatwo, prawie nie używamy wioseł. W pewnym momencie Michał z uśmiechem na ustach mówi: “dzisiaj chyba ogłaszają listę przyjętych do liceum” wszyscy się śmiejemy. Rzeczywiście, dzisiaj okaże się do jakiej szkoły trafi na najbliższe trzy lata mój Braciszek, jednak dla nas w tej chwili ważniejsze jest złowienie obiadu i znalezienie miejsca na obozowisko niż kariera edukacyjna Michała. O tym dokąd trafi dowiemy się dopiero mając dostęp do sieci komórkowej. Po godzinie zaczynam się z Tatą rozglądać za miejscem na obozowisko. Michał śpi. Wychodzę z tratwy na wypłyceniu i ciągnę ją wzdłuż brzegu. Kilka fajnych na pierwszy rzut oka miejsc, okazuje się nie spełniać oczekiwań. W końcu rozbijamy się na jakiejś sporej łące, rozpalamy ognisko, jemy złowione ryby i idziemy spać. Mamy dużo czasu, nie wstajemy zbyt wcześnie.

Siódmy lipca to tak naprawdę ostatni dzień pełnej dziczy. Ósmego już planujemy spać w wiosce. Dlatego postanawiamy płynąć leniwie i rozbić się tuż przed zabudowaniami. I tak, płynąc po wodach czystej jak łza Leny, słuchamy audiobooka - “Harry Potter” w wykonaniu Piotra Fronczewskiego. Wspaniała książka i wspaniałe wykonanie. Mijając kolejne skały i drzewa, wsłuchujemy się w przygody małego czarodzieja. Wszystko pasuje.

Do tej pory nie widzieliśmy niedźwiedzia. Więc przybieramy prostą strategię - postanawiamy być cicho przez jakiś czas. Na efekty nie trzeba było długo czekać - po piętnastu minutach na brzegu widzimy młodego niedźwiadka. Śmiejemy się, staram się zrobić mu zdjęcie, ale niestety nie wychodzi - będziecie mi musieli uwierzyć na słowo, że go widziałem. Łowi ryby w płytkiej wodzie. Zauważa nas i zaczyna obserwować. Zastanawiamy się, czy nie lepiej go będzie za chwilę spłoszyć - mały niedźwiadek to jedno zagrożenie, większe to jego mama, której nigdzie nie widzimy. W końcu ktoś z nas odzywa się za głośno, a młody ucieka w las. Przez dłuższy czas słyszymy jak przedziera się przez krzaki i łamie gałęzie.

W leniwej atmosferze szybko się rozbijamy na górze dość stromej skarpy. Trochę nam smutno bo wiemy, że to nasze ostatnie chwile z naturą. Czytamy, rozkoszujemy się naturą. Opróżniamy kolejne kubki z herbatą. Zaczyna się ściemniać.

I nagle z oddali słyszymy silnik motorówki. Coraz głośniejszy i głośniejszy, w końcu ustaje - ktoś zatrzymał się bardzo blisko nas. Co jest? - Patrzymy na siebie, wstajemy, w pełnej gotowości. W rękach noże. Nasłuchujemy cierpliwie, rośnie adrenalina. Tata stara się rozładować sytuację i trochę nas uspokoić, sam wstaje i idzie w stronę rzeki.

Okazuje się, że nie ma się czego bać. Ścieżką do nas idzie Włodzimierz z jakąś siatką. Niestety psuje całe pozytywne wrażenie poprzedniego dnia - jest dość mocno wstawiony i bardzo nalega (uwierzcie, że Rosjanie są w tym nieustępliwi), byśmy popłynęli do niego, i przespali się u niego. Staramy się odmówić, ale minie dobre dwadzieścia minut, zanim Tata odprawi go do domu.

Największą chyba chorobą na tym odludziu jest alkohol. Poznając kolejnych ludzi i odwiedzając coraz to mniejsze wioski, utrwalamy się w tej smutnej prawdzie.

Ale to nie koniec emocji na dziś. W końcu jest ciemno, kładziemy się do namiotów. Każdy z książką. Około 23 słyszymy dźwięki silników - tym razem co najmniej dwóch. Zastanawiamy się z niepokojem, na głos, co to może być - czy to może Włodzimierz? Ale nikt nie przychodzi. W stronę naszego lasu świecą od czasu do czasu reflektory, ktoś bardzo głośno krzyczy, wołając jakieś imię. Ja i Michał trochę panikujemy (Możecie sobie wyobrazić jakiego mieliśmy wtedy stracha…). Tata nas uspokaja. Myślimy nad nocnymi wartami, ale zanim zdążymy zasnąć, wszystko cichnie.

Rano pakujemy się i postanawiamy zrobić pamiątkowe zdjęcie. I tu statyw przydał się po raz kolejny. Ruszamy w stronę wioski, której już nie mamy na mapie. Nie wiedząc czego się spodziewać. Tego miejsca nie wspominam najlepiej. Wioska pełna jest wraków mężczyzn zniszczonych przez alkohol - wyglądających jak zombie. Odczuwam narastający niepokój. Po ścieżce biegają brudne, wychudzone psy. W sklepie ulokowanym w jednej z drewnianych chat kupujemy trochę cukierków i wódkę (to tutejsza waluta) i dowiadujemy się co się działo w nocy. Okazuje się, że jeden z rybaków zaginął gdzieś w lesie - jego koledzy zorganizowali poszukiwanie. Ojca zagaduje jakiś młodszy facet - oferuje nocleg. Ja po tej rozmowie mówię chłopakom, że to chyba nie jest dobry pomysł, i może skorzystamy z poprzedniej opcji - odszukamy Włodzimierza. Tata i Michał machają na to ręką. Powtarzam, że mam złe przeczucia, ale co mam zrobić? Dostosuję się.

Powoli się ściemnia, facet prowadzi nas do domu. W środku brudno, nieprzyjemnie. Budzi nieprzytomnego od alkoholu kumpla. Nastawia herbatę. Zaczynamy rozmawiać. Próbuję wypić herbatę - prawie wypluwam. Głupi zapomniałem, że tutaj robi się ją z esencji - i tylko ją wlałem sobie do kubka. Rezygnuję z dalszych prób. Rozmowa się nie klei, jest nudno. Na stole ląduje wódka. Po jakimś czasie Tata z Michałem chyba już wiedzą, że miałem rację. Trafiliśmy na dwóch cwaniaczków - pijaczków. Nie pozostaje nam nic innego jak przeżyć noc. Mało tego - okazuje się, że to nawet nie jest dom żadnego z nich, a faceta który wyjechał na szmat czasu z wioski. Postanawiamy się z Michałem położyć. Dobrze, że nie pijemy, bo już byśmy byli nieprzytomni. Tata ma mocną głowę - upija facetów i mówi, żebyśmy się o to nie martwili. Bogu dzięki nie rozumieją za dobrze po Polsku.

Śpię z latarką i nożem pod poduszką. Michał podobnie. Długo czuwam zanim zasnę. Tata rano pochwala - zrobił dokładnie to samo. Nóż i latarka pod ręką i czekanie, aż gospodarze zasną pierwsi. Budzimy się. Żywi. Zostały cztery dni do odlotu naszego samolotu z Irkucka. Tata negocjuje z facetami cenę. Idzie do też do Włodzimierza, żeby zabrać się na dwie łódki. Nie byłem w jego domu, ale podobno niezwykle czysto i przytulnie.

Wania, u którego spaliśmy daje nam wiaderka - trzeba wylać wodę z motorówki. Nie czuję się z tym wspaniale, zwłaszcza po nieprzespanej nocy, ale nie pozostaje nam nic innego tylko zrobić co trzeba. Schodzimy z Michałem po skarpie nad rzekę i wylewamy i wylewamy i wylewamy. Podnoszę głowę, na szczycie skarpy stoi nasz gospodarz z dubeltówką przerzuconą przez ramię. Serce skoczyło mi do gardła. Nie będzie nadużyciem, jeśli powiem, co wtedy pomyślałem. A pomyślałem najgłośniej jak się da myśleć: “o kurwa!”. Facet powoli schodzi po skarpie, a za nim, jak gdyby nigdy nic Tata. W ciężkim szoku przerywam pracę i obserwuję co się dzieje. Co on teraz zrobi? Wyceluje w nas, czy co? To pierwszy raz, kiedy mamy podczas tej wyprawy kontakt z bronią. Sam za bardzo nie jestem za bardzo oswojony z pistoletami czy strzelbami. Mężczyźni podchodzą coraz bliżej. Uspokajająco działa na mnie fakt, że Tata jest cały i zdrowy i nie wygląda na zmartwionego. Gdy są już trochę bliżej, krzyczy do nas: “spokojnie panowie, on jest kłusownikiem - to jego narzędzie pracy. Poluje w tajdze a potem wymienia mięso i skóry na różne towary”. Serce nadal bije mi tak jakbym przeżywał katastrofę lotniczą, ale czuję się lepiej. Po chwili dostaję do ręki tą dubeltówkę. Niestety jest tylko jeden nabój, ale mogę sobie strzelić, jeśli chcę. Bez zastanowienia celuję w beczkę na wodzie i wypalam.

Tata dogadał się i z mężczyznami i z Włodzimierzem. Zapłacił za paliwo i sprzedał tratwę temu drugiemu. Dzielimy się na motorówki - Tata popłynie z myśliwym i jego kumplem, ja i Michał z starszym panem Włodzimierzem.

Próbujemy ruszyć - łódź Wani nie chce odpalić. Trzeba wyrzucić jakiś bagaż. Michał z bólem serca wysypuje dwie trzecie siatki nasion, które dostaliśmy od Mariny. Zostawiamy cały ogromny worek z jedzeniem. To wystarcza. Ruszamy. Wieje wiatr, jest zimno i wilgotno, w powietrzu unosi się gęsta mgła. Nie płyniemy zbyt długo bo myśliwy zatrzymuje się na odpoczynek. Potem znów ruszamy i znów się zatrzymujemy - tym razem problem z łódką. Czekamy. Michał zbiera jakieś kamienie na brzegu. Ja się niecierpliwie. W końcu znów się udaje i płyniemy w stronę Żygałowa. Ale tylko chwilę, bo cwaniaczki - pijaczki zatrzymują się w Gruznowce i mówią, że dalej nie płyną. Okazuje się, że nas bezczelnie wykorzystali – kupiliśmy benzynę do ich łodzi – mieli nas zawieźć do Żygałowa. Za nasze pieniądze wrócili do domu i śmieją nam się w twarz. Zmęczeni ich towarzystwem i wściekli odpuszczamy. Niech się udławią tą benzyną.

Przyzwoity starszy Pan płynie z nami dalej. To co zajęło nam tydzień, teraz zajmuje zaledwie kilka godzin. Mgła coraz gęstsza. Jesteśmy bardzo blisko ale benzyna się kończy. Włodzimierz skonsternowany. Dobijamy do brzegu na oparach. Nasz kapitan przelewa ostatnie krople z kanistra do kubka. Na tych mililitrach dopływamy do drugiego brzegu, gdzie jest droga. Choć przez jakiś czas trochę się niepokoimy - przypominamy sobie, że jesteśmy w Rosji. Tutaj rzeczy po prostu się dzieją. Nie ma co się stresować - jakoś to będzie. “Spokojnie Andrzeju, wyklepiemy” mogłoby być dewizą tego narodu.

Włodzimierz dzwoni do kumpla (jest zasięg - jest dobrze), pokazuje nam stan baterii (jedna kreska - jednak źle). Dodzwania się (sukces), zaczyna krzyczeć na rozmówcę i kląć (zły znak). W końcu rozłącza się. Prosi, żebyśmy się wypakowali i poczekali na ulicy. Tam przyjedzie jego kolega i za opłatą podwiezie nas do domu Mariny. Okej. Poczekamy. Żegnamy się.

Drogą przejeżdża jakaś para na skuterku. Zagadują. Zafascynowani skąd przyjechaliśmy. W końcu odjeżdżają.

Przyjeżdża biała, stara Toyota. Jakiś facet pomaga nam się wpakować z całym sprzętem i wiezie nas do miasta. Zatrzymujemy się w sklepie. Kupujemy zimne, słodkie napoje. Włączamy telefony - dziesiątki nieodebranych połączeń. Dzwoni Mama. Po chwili konsternacji (minuta rozmowy z Polską kosztuje dwanaście złotych!) Michał odbiera. Wybór liceum, z którego tak się śmialiśmy okazuje się trochę bardziej skomplikowany. Michał omawia z Mamą, z wypiekami na twarzy, szczegóły. I mówi strasznie szybko, bo każda kolejna sekunda jest niezwykle cenna. W końcu udaje im się dojść do porozumienia i rozłączają się. Przekazuje nam pozdrowienia od całej najbliższej rodziny.

Tutaj pierwszy raz kosztuję napoju Aloesowego prosto z lodówki. Jakie było nasze szczęście gdy produkt na dobre wylądował w Polskich sklepach wiele miesięcy później! Za każdym razem kiedy piję ten napój, przypomina mi się sceneria rosyjskiej wsi i lokalnego sklepiku. Żar z nieba, kierowca palący papierosa i Michał gadający przez telefon.

Jedziemy dalej, zaledwie kilka kilometrów. Ojciec pyta o cenę i zaczyna negocjować. Tu wychodzi stara jak świat, podróżnicza prawda - z taksówkarzem cenę negocjujesz przed tym jak wejdziesz do jego samochodu. Robi się nieprzyjemnie. Wściekli płacimy cwaniakowi jego stawkę. Witamy się z Mariną i jej rodziną. Tego wieczoru chyba pierwszy i ostatni raz używamy gitary. Śpiewamy Okudżawę, trochę polskich i trochę rosyjskich piosenek. Vołodia opowiada o swoich polowaniach, pokazują nam zdjęcia. Młody chwali się na ilu to wyprawach ze swoim ojcem nie był. Kochani, poczciwi ludzie - takich gospodarzy życzę każdemu podróżnikowi. Wykończeni idziemy spać.

To był najbardziej nerwowy dzień. Rano czule żegnamy się z naszymi wybawcami. Marszrutka, tym razem w ścisku z masą obcych Rosjan. Wyboje. Czuję się jakbym obsługiwał młot udarowy, albo prowadził czołg. Na szczęście po drodze dwa postoje. Z marszrutki wysiądziemy ostatni. Kierowca zawiezie nas do hotelu Lotos. Pomaga nam z wypakowaniem się, meldujemy się. Hotel całkiem spory - kilka pięter. Mamy wreszcie internet! Wolny jak diabli ale piszemy do przyjaciół, że żyjemy.

Resztę wieczora spędzamy w hotelu - Tata idzie szukać bankomatu. Szybko okazuje się, że mamy nowy problem - wszystkie maszyny odrzucają wszystkie karty. A gotówki nam wiele nie zostało. Idziemy spać z nadzieją, że rano “coś ogarniemy”.

11.VII.2012 wstajemy rano i szukamy bankomatów - w żadnym się nie udaje. Jakby powiedziała młodzież - “jest przypał”. Bartek, który nas zawoził do Berlina, znajduje nam zdalnie rozwiązanie:przelew przez Western Union. Kolejna lekcja dla każdego podróżnika - WU jest niezawodny. Mama przelewa pieniądze w Tesco na osiedlu Batorego, w Poznaniu, i w ciągu kilku godzin możemy je odebrać w jednym z lokalnych banków. Tak więc już na spokojnie szlajamy się po mieście. Spędzamy sporo czasu chińskich giełdach, których jest tu od groma. Chcemy przywieźć coś naszym kobietom, ale wątpię czy siostry zadowoliłyby się chińską tandetą. Trudno tu znaleźć coś, czego nie ma w Polsce w lepszej jakości. Kapitulujemy, kupujemy dwie całkiem ładne chustki i wsiadamy do tramwaju w kierunku kościoła Irkuckiej diecezji, z nadzieją spotkania polskiego księdza.

Niestety tramwaj się psuje. Konduktor przeprasza i otwiera drzwi. Trudno - przejdziemy się. Pod względem tego co się dzieje na ulicach - jesteśmy w stu procentach pewni, że to Azja - ulicą na równych prawach poruszają się piesi, tramwaje, kozy i japońskie samochody z kierownicami po prawej stronie. No dobra, kóz nie widziałem. Ale rzeczywiście jedyne samochody jakie tu jeżdżą to te japońskiej produkcji. Najpewniej dlatego, że bliżej stąd do Japonii niż do Niemiec.

W kościele - wielkim, betonowym, rozmawiamy z księdzem Michałem Marchefką (tak, “Marchefka” przez “f”!). Nie jest Polakiem - pochodzi z Słowacji, ale mówi pięknie po Polsku. Rozmawiamy o tym jak wygląda tutaj kościół i środowisko polonijne, oferujemy swoją pomoc i po jakimś czasie się żegnamy.

Włóczymy się dalej po mieście pełnym kontrastów. Trafiamy na synagogę - pękającą w szwach, obskurną. Postanawiamy wejść do środka (nigdy nie byłem w synagodze). Wewnątrz luksus. Ochrona przy wejściu, dostajemy zapasowe Jarmułki. Na ścianie półka wyłożona egzemplarzami “Tory”. Kryształowe żyrandole zwisają z sufitu, ławki obite materiałem w kolorze głębokiej czerwieni. Na ścianach czarne płótna z złotymi napisami po hebrajsku. Oglądamy i wracamy na ulicę.

Idziemy do biura Western Union. Zgłaszamy się z odpowiednimi numerami, hasłami i Bóg jeden wie czym jeszcze. Pani w okienku pyta o miejsce pobytu w ostatnich dniach - patrzymy po sobie, Tata mówi, że przebywaliśmy w tajdze, w namiocie. Ona na to, że musieliśmy być gdzieś zameldowani, pod jakimś adresem. My na to, że mieszkaliśmy ostatni tydzień w lesie - ona swoje, że będzie musiała chyba powiadomić milicję. W końcu udaje się dogadać i dostajemy pieniądze.

Rozdzielamy się - chłopacy wracają do hotelu, ja szukam poczty - chcę wysłać kartki najbliższym przyjaciołom. Pytam kogo mogę, w końcu trafiam na ulicę Karola Marksa, gdzie znajduję urząd pocztowy. Kartki są niedrogie, wysyłka - cholernie droga. Piszę, wysyłam kilka i wracam do hotelu.

Postanawiamy nazajutrz pojechać nad Bajkał, bo wstyd nie skorzystać. I tak 12.VII.2012 jedziemy znów marszrutką. Przed południem jesteśmy na miejscu. Woda lodowata, ale rzeczywiście przeźroczysta. Gęsta jak kisiel mgła. Nic nie widać. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie, patrzymy, bez nadziei, na kursy statków. Wszystko drogie i długie. Kupujemy suszone omule - wyśmienite ryby, będące specjałem tego ogromnego jeziora. W drodze powrotnej jedziemy marszrutką z parą starszego małżeństwa. Nawiązuje się rozmowa. Gdy okazuje się, że to niemieckie małżeństwo które w podróży spędza emeryturę, uśmiecham się pod nosem.

Po południu wracamy do hotelu. Jeść. Pakować się. Spać. Za piętnaście jedenasta następnego dnia samolot odrywa się od płyty lotniska. Kolejne kilka godzin spędzamy na pokładzie, następne na lotnisku w Moskwie. 17:10 lądujemy w Berlinie drugim samolotem. Wszyscy klaszczą (nie, to nie wieśniactwo, jak mówią niektórzy - to fajna tradycja, na wschodzie oczywista), idziemy po bagaże. Jest gitara, jest mój plecak, jest plecak Michała, ale po plecaku Taty ani śladu. Idziemy do informacji. Krótka rozmowa, plecak się znajduje, ale niestety kilka tysięcy kilometrów od Berlina. Pozostaniemy w kontakcie. Jesteśmy zmęczeni. Wracamy do domu. Chyba znów z Bartkiem, ale możliwe że się mylę. Brudni. Zmęczeni. Szczęśliwi.

Fot. R. Sowiński

Syberia 2002

·