16 godzin Matczaka

W ciągu ostatnich dni przez media przetoczyło się kilka tekstów Marcina Matczaka, mitologizującego swoją młodość. Tata Maty pisze o tym, jak pracował 16 godzin dziennie by osiągnąć szczyt prawniczego sukcesu - zostanie partnerem w jednej z większych kancelarii w Polsce (kto oglądał the Suits ten wie o co chodzi). W serii wypowiedzi na twitterku i w “Wyborczej” prawnik skrytykował programy polskiej lewicy za promowanie przeciętności. Oberwało się również dzisiejszej młodzieży za to, że nie jest taka jak kiedyś.

Cała afera zaczęła się jednak od Adriana Zandberga - wyciągnął on tekst sprzed lat, by przypomnieć o tym jak ważna jest zasada 8-godzinnego dnia pracy. Uwierzcie mi, nie jest mi po drodze ani z wspomnianym posłem, ani z jego środowiskiem politycznym. Trudno mi jednak przejść obojętnie obok powielanych po raz kolejny bzdur na temat praw pracowniczych, mitów o mobilności społecznej i nie działającej w rzeczywistości “kulturze zapierdolu” o której pisze aspirujący do świata polityki profesor Matczak.

“Od pucybuta do milionera” to głęboko osadzony w kulturze zachodu mit, w który zdaje się wierzyć wielu Polaków. O sile jego oddziaływania świadczyć może popularność bogaczy, produkcje filmowe o ich sukcesach oraz stabilna pozycja neoliberalnych programów politycznych.

Wierzymy, że w naszym egalitarnym (wg Matczaka) społeczeństwie da się osiągnąć finansowy szczyt sukcesu. Jednak wspomniany mit rozłożony na czynniki pierwsze okazuje się mieć niewiele wspólnego z rzeczywistością. Choć chcielibyśmy, by o naszej pozycji klasowej decydowała ciężka praca, to w naszym pozornie merytokratycznym społeczeństwie uwarunkowań jest znacznie więcej.

Badaniom klasy wyższej większość swojego życia poświęcił amerykański socjolog C. W. Mills. Autor w swoich pracach opisywał między innymi modele awansu do elit i czynniki zewnętrzne tego procesu. Jednym z najważniejszych elementów składowych w awansie do klasy wyższej są wg. Millsa sytuacja instytucjonalna i dostęp do zewnętrznego kapitału. Przy sprzyjającej sytuacji społeczno-politycznej jednostka może dokonać “wielkiego skoku” (tak nazywany przez Millsa szybki wzrost kapitału). Jednak by to osiągnąć, trzeba mieć dostęp do zewnętrznego kapitału ekonomicznego, a to dzieje się tylko dzięki spełnieniu określonych kryteriów klasowych (np. dzięki odpowiedniej edukacji i znajomościom). W efekcie to nie my awansujemy do elit - to elity rekrutują nas.

Kilka lat temu teorie Millsa zostały przełożone na polską rzeczywistość przez Jana Kastorego i Kamila Lipińskiego w tekście z 2012 roku. Autorzy wykazują w nim, jak po transformacji systemowej zmieniał się system rekrutacji do elit - z otwartego w pierwszych latach po zmianie systemu do zamkniętego po 20 latach nowego porządku (dane z 2011 roku). Sprzyjająca sytuacja polityczno-społeczna w kraju pomogła wielu osobom pozyskać kapitał ekonomiczny. Z czasem tempo dołączania do elity ekonomicznej drastycznie spadło.

"Udział procentowy osób debiutujących w kolejnych edycjach rankingu. Rok 1990 został pominięty ze względu na inną liczebność rankingu" Jan Kastory, Kamil Lipiński: “Drogi do overclass. Narracje polsich elit biznesu.”

Jednak teksty Matczaka to nie tylko obrona wspomnianego mitu. Dla mnie jest dosyć oczywiste, że w kraju zdominowanym przez narrację sukcesu transformacji będzie on dosyć silny. Wypowiedzi Matczaka rozczarowują ze względu na ich społeczną szkodliwość.

Według danych CBOSu z 2019 roku w Polsce 9% osób dotyka problem pracoholizmu. Skutkami uzależnienia od pracy jest, paradoksalnie, wypalenie zawodowe i brak satysfakcji z pracy i życia w ogóle. Konsekwencje dla zdrowia wynikają przede wszystkim z niedoboru snu (który sam w sobie prowadzi do ogromnej ilości powikłań) i niezdrowego trybu życia spowodowanego poświęcaniu wolnego czasu życiu zawodowemu. Społecznie pracoholizm dotyka przede wszystkim osoby bliskie uzależnionych - prowadzi do konfliktów w relacjach (“Patointeligencja” - utwór syna Matczaka - była między innymi o tym). To 9% pokazuje, że budując narrację o poświęcaniu życia prywatnego sukcesowi, stąpamy po cienkim lodzie. Rolą naukowców z obszaru nauk społecznych powinno być (w teorii) zwracanie uwagi na te problemy, a nie przyczynianie się do ich powstawania. Chyba, że ich ambicją jest zostawanie handlarzami politycznych idei. Ale to już inna sprawa, o której również pisał C. W. Mills - opisując przeplatanie się kręgów eksperckich z kręgami politycznymi.

Trudno mi nie wytknąć jeszcze jednego profesorowi Matczakowi, a mianowicie efektywności tych (memicznych już) 16 godzin jego pracy. Efektywność pracy po godzinach jest przedmiotem badań wielu naukowców i przedsiębiorców z różnych dziedzin. Ja przywołam tylko jedne - badania Johna Pencavela z Uniwersytetu Stanforda. Według ekonomisty, praca powyżej 55 godzin w tygodniu jest bezsensowna - osoby pracujące więcej osiągają takie same rezultaty jak te pracujące 55 godzin w tygodniu. Inaczej: pracując legendarne 16 godzin dziennie osiągamy tyle samo co osoby pracujące 11 godzin dziennie.

Bardzo szanuję każdą pracę - zarówno młodych stażystów (którym często się nie płaci), pracowników amazona (którzy przez całą zmianę nie korzystają z toalety, by ich pracodawca mógł polecieć w kosmos). Szanuję też domowe obowiązki czy wolontariat (bez którego rothbardowski kapitalizm też nie ma racji bytu). Tu zostawię statystykę - w 2011 roku 2,5 miliona obywateli naszego kraju samotnie wychowywało dzieci (dane ze spisu powszechnego). Między innymi dla nich to ten 8-godzinny dzień pracy to problem egzystencjalny.

Teksty Matczaka oczywiście są dla niego elementem autopromocji. Zdecydował się po prostu wybrać stronę, wyjść z roli eksperta. Może za kilka lat zobaczymy go na billboardach wyborczych?

·